Stowazzyszenie Korespondentów Zagranicznych w Polsce Stowarzyszenie Korespondentów
Zagranicznych w Polsce

 
Wywiad dla Super Nowa

SUPER NOWA
Brak wyważonej samokontroli


Autor: Michał Tyrpa



Rozmowa z Jackiem Wanem, przewodniczącym Stowarzyszenia Korespondentów Zagranicznych w Polsce, dziennikarzem japońskiej telewizji NNN

Michał Tyrpa: Jest Pan osobą doskonale zorientowaną w kwestii standardów dziennikarskich, jakie obowiązują w krajach najbardziej rozwiniętych. Jak w Pana ocenie przedstawia się kondycja mediów w Polsce 2004 r.?

Jacek Wan: To bardzo trudne pytanie. Zastanawiałem się niedawno nad tym, jak właściwie jest z tą kondycją dziennikarstwa w Polsce i jakie są tego przyczyny. Jako dziennikarzowi i obywatelowi polskiemu wolno mi chyba zabrać głos w tej sprawie, nie będąc posądzonym o to, że szkaluję dobre imię Polski. Odpowiadając na pytanie - wydaje mi się, że sytuacja w polskim dziennikarstwie jest odzwierciedleniem stanu panującego w całym społeczeństwie. Zasady, jakimi kierują się dziennikarze nie tak bardzo odbiegają od tych, którymi kieruje się reszta Polaków. Myślę, że w ogóle największym problemem Polaków jest brak wzorca moralnego, który się otrzymuje w domu. Dom nie wychowuje, szkoła tym bardziej. I później człowiek może zostać jakoś „oszlifowany” przez środowisko, w którym się znajdzie, lub też nie. Ale brak jest owej podstawy. Czegoś, na czym można później budować osobowość. I wydaje mi się, że o wiele ważniejsze, niż wszelkie normy prawne, zakazy, nakazy, jest coś takiego, co człowiek nosi w sobie. Użyłbym nawet pewnego górnolotnego określenia. Chodzi o to, co Kant nazwał prawem moralnym w sobie.

MT: Dlaczego uważa Pan, że akurat to jest szczególnie ważne?

JW: Pracowałem jako dziennikarz w Japonii, w Chinach, w Europie Zachodniej. I muszę powiedzieć, że obserwując na przykład kolegów z Japonii, zauważyłem coś, co bym określił jako pewną wyważoną samokontrolę. Istnieje tam coś w rodzaju niepisanego kodeksu, który mówi, co wypada, a czego nie wypada robić. I myślę, że w Polsce brak jest właśnie tej samokontroli. Tutaj często myśli się w taki oto sposób: jeżeli prawo czegoś nie zakazuje, to znaczy, że to można robić. To jest, oczywiście, z gruntu fałszywe. Bo nie o to chodzi, żeby drobiazgowo określić, co wolno, co wypada. To każdy sam powinien wiedzieć. Jak pięknie powiedział Antoni Słonimski: „jeżeli masz wątpliwości - zachowaj się przyzwoicie”.

MT: Jak to się ma do polskiego dziennikarstwa?

JW: Niestety, w polskim dziennikarstwie ta zasada nie funkcjonuje. Ostatnich piętnaście lat to jest okres wielkiego rozwoju społecznego. To, co stało się w Polsce jest powodem do ogromnej dumy, ale z drugiej strony nastąpiło pewne zdziczenie obyczajów. I jest jeszcze jedna sprawa. W tej chwili w dziennikarstwie pracuje bardzo dużo ambitnych, młodych ludzi, którzy bardzo często - niestety - mają za małą wiedzę, za mało doświadczenia, ale którzy bardzo chcieliby zabłysnąć. A żeby zabłysnąć najprościej jest robić materiał z rzeczy złych, z rzeczy szokujących. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób dziennikarze często rozmawiają z politykami. Są agresywni. Trudno jest zrobić news z wiadomości pozytywnej, bo nad tym się trzeba strasznie dużo napracować. A młodzi ludzie w pogoni za sukcesem będą korzystać z drogi na skróty, pójdą na łatwiznę. To też jest powodem, że obraz polskiego dziennikarstwa jest taki, a nie inny.

MT: Może po prostu brak nam dobrego prawa?

JW: Kiedy po raz pierwszy pojechałem do Japonii, byłem wręcz zszokowany tym, jak ostre są pewne restrykcje, które społeczeństwo samo sobie narzuca. Japońskie prawo jest niesłychanie lapidarne. Określa mniej więcej, co wolno, a czego nie wolno. Resztę reguluje sobie samo społeczeństwo.

MT: To jest rolą obyczaju?

JW: Tak jest. Tam prawo obyczajowe jest o wiele silniejsze, niż prawo karne, czy cywilne. Na przykład człowieka, który umyślnie spowoduje wypadek, a nie daj Boże jeszcze śmiertelny, praktycznie spotyka śmierć cywilna. Z miejsca traci pracę, nie zostanie przyjęty nigdzie na równorzędne stanowisko. Kiedyś było to równoznaczne z samobójstwem. Ktoś taki popełniał samobójstwo zazwyczaj wraz z całą rodziną. Teraz, oczywiście nie dochodzi do aż tak drastycznych zachowań, ale strata pracy jest czymś absolutnie normalnym w podobnej sytuacji. I nikt z tego powodu nie rozdziera szat.

MT: Wspomniany przez Pana obyczaj wyrasta jednak z tradycji zupełnie nie przystających do polskich warunków. Szczególnie trudno zgodzić się na ów aspekt odpowiedzialności zbiorowej.

JW: Zbiorowe samobójstwo wynikało z prostej konieczności. Jeżeli zabrakło głowy rodu, reszta jego członków była skazana na podłe życie. W związku z tym bardziej odpowiedzialne w ich pojęciu było popełnienie samobójstwa, niż dalsze życie w niesławie. Wychodzili z założenia, że nie należy skazywać rodziny na takie cierpienia.

MT: Osoba z Pana doświadczeniem jest chyba w stanie dokonać pewnych porównań. Pracował Pan zarówno na Dalekim Wschodzie, jak i na Zachodzie. Jak w Pana mniemaniu wygląda obraz sytuacji w polskich mediach na tle tego, co obserwował Pan w innych krajach?

JW: Przypomina mi się coś, co niedawno usłyszałem od pewnego mieszkającego w Polsce Francuza. On powiedział, że kocha ten kraj, kocha ludzi, żyje mu się tu bardzo dobrze. Bo żyć w kraju, w którym wszystko jest normalne, przewidywalne jest bardzo łatwo. A Polska jest krajem, który daje wielką szansę. Jak dotąd brzmiało to całkiem pozytywnie, prawda? Ale zaraz potem dodał takie zagadkowe zdanie: Polska jest krajem tylko z pozoru normalnym.

MT: Co to znaczy?

JW: No, więc kiedy zacząłem drążyć ten temat, ów Francuz powiedział coś, co wydaje mi się bardzo trafne. Powiedział, że właściwie wszystko tu jest. Jest demokracja, są prawa, jest rząd, parlament, są drogi, sklepy, w których można kupić, co się chce...

MT: Mamy nie najbrzydsze kobiety...

JW: Tak jest. Ale jak się pojedzie na prowincję i patrzy na te sklepy, można zaobserwować ową pozorną normalność. Ludzie, którzy zamieszkują tamtą okolicę, nie są w stanie kupić tego, co widzą na wystawach. To nie jest dla nich. System funkcjonuje, ale ma charakter fasadowy. Dlatego są to jedynie pozory normalności.

MT: Co to oznacza dla środowiska dziennikarskiego?

JW: Na przykład redakcje zatrudniają często bardzo młodych ludzi, którym się bardzo mało płaci, którzy nie mają żadnego doświadczenia i którzy, żeby się wybić, sięgają często po nie bardzo etyczne narzędzia. I w tym wyścigu szczurów zaczyna zanikać tradycyjna droga, którą powinien przebyć dziennikarz. Od roznoszenia listów, po zostanie redaktorem. Teraz ta droga jest zbyt krótka. Oczywiście zdarzają się jednostki bardzo wybitne, które szybko dojdą do wysokiej pozycji. To, zdaje mi się, dobrze koresponduje z przytoczoną wyżej opinią tego Francuza. Chodzi o ową „paranormalną” sytuację, która z jednej strony stwarza szanse, z drugiej jednak rodzi zagrożenie, że praca tych ludzi nie jest pełnowartościowa. A co za tym idzie - także odpowiedzialność za tą pracę jest mniejsza. Jeżeli dajmy na to pracuję w jakimś miejscu pół roku, a nie wiem, czy za pół roku nie znajdę się zupełnie gdzie indziej, to moje poczucie odpowiedzialności jest zupełnie inne, niż gdy siadając za biurkiem mam świadomość, że będę to robił przez najbliższych 20-30 lat. Według mnie to jest jeden z najpoważniejszych problemów polskiego dziennikarstwa.

MT: Jednak współcześnie to chyba staje się normą także dla innych grup zawodowych. A jak według Pana można zapobiec postępującej anomii w sferze obyczajów?

JW: Bez dobrze funkcjonującego prawa obyczajowego w ogóle niemożliwy jest rozwój społeczny. Społeczeństwo to przecież także wielka duchowa więź, a ją się buduje właśnie na podstawie obyczaju. Ale jestem dobrej myśli. Wierzę, że tu się sporo zmieni. Nie tylko w środowisku dziennikarskim. Pamiętam, kiedyś rozmawiałem z przyjaciółką z Japonii i ona mi powiedziała coś, co mnie wtedy bardzo mocno zabolało. Powiedziała: „wiesz, bo społeczeństwem moralnym jest społeczeństwo syte”. Ja - wówczas przybysz z komunistycznego bloku - poczułem się w pierwszej chwili trochę urażony. Ale później doszedłem do wniosku, że mimo całej goryczy, kryje się w tych słowach bardzo głęboka prawda. Znajoma, która to powiedziała, mówiła z wyżyn wielkiego osobistego doświadczenia. To była osoba starsza, która przeżyła klęskę wojenną Japonii, bardzo trudny okres odbudowy i dochodzenia do normalności. Dlatego ona dobrze wiedziała, co mówi. W społeczeństwie bogatym ludzie mają dużo więcej do stracenia. Nikt z byle powodu nie ryzykuje utraty reputacji, czy zaufania. W społeczeństwie biednym ten próg moralności jest znacznie niżej. I mam nadzieję, że wraz ze wzrostem gospodarczym w Polsce również i to będzie się zmieniać.

MT: Przechodząc do niedawnych wydarzeń na rodzimym gruncie. Jak Pan ocenia owoce szumu medialnego (albo jego braku) wobec spraw Andrzeja Marka i Jacka Bazana?

JW: To jest problem całego społeczeństwa, a zwłaszcza elit. W cudze piersi jest bardzo łatwo się uderzyć, we własne już dużo trudniej. Kiedy nie tak dawno mogliśmy słuchać wypowiedzi Leszka Millera, to było wręcz niesamowite, jak daleko jeszcze można - mówiąc kolokwialnie - pójść w zaparte. O ileż łatwiej, z godnością i z dużo większą korzyścią można było po prostu wyjść! Ale nie było po temu woli. Otóż to jest odzwierciedleniem sytuacji, o której mówiliśmy wcześniej. Na dobrą sprawę nikt nie traktuje poważnie odpowiedzialności za to, co robi.

MT: Co zatem, poza bogaceniem się społeczeństwa, możemy uczynić dla uzdrowienia sytuacji? Może mamy w zanadrzu także jakieś „uboższe” środki?

JW: To jest, oczywiście, bardzo trudne, bo trzeba dopiero wychować odpowiednie autorytety. Jak długo można się wciąż powoływać na Kapuścińskiego i paru innych!? Musi jeszcze bardzo wiele lat upłynąć, żeby powstało prawdziwe, dziennikarskie środowisko opiniotwórcze. Nie potrafię dać prostej recepty. Ale chciałbym przy okazji dodać, że ogromne szkody przynosi upolitycznienie mediów. Wszędzie na świecie można tą drogą robić karierę, ale w Polsce przybrało to już jakieś chore rozmiary i antagonizuje całe środowisko.

MT: Czy Pana postawa to jest „jeszcze” sceptycyzm, czy „już” umiarkowany pesymizm?

JW: [śmiech] Ja mam taką nadzieję, że w końcu - jeśli się ten kamień odpowiednio długo szlifuje - może coś z tego będzie.

MT: Bardzo dziękuję za rozmowę.


Foto: Super-Nowa (na zdj. Jacek Wan)

Powrót


 
STOWARZYSZENIE KORESPONDENTÓW ZAGRANICZNYCH W POLSCE
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa (c/o Centrum Prasowe PAP)
Fax: (22) 625 18 42
email:korespondenci@korespondenci.pl